Zaloguj się do konta

Karpiowe początki cz.1

       Wygodne łóżko, karpiowy namiot, duże, karpiowe kołowrotki zapięte do odpowiednich wędek ustawione na tripodzie... to tylko wierzchołek góry sprzętu jaki obecnie towarzyszy mi na zasiadkach karpiowych ale czy tak było zawsze? Może zacznę od początku... do napisania tych artykułów zachęciły mnie ciągłe pytania na specjalistycznych grupach wędkarskich- "jaki sprzęt na początek?"; "Chciałbym zacząć i co potrzebuję?" "Jaki budżet na początek przygody z karpiami?" oraz osoby prywatnie pytające mnie o porady. Mam do tego tematu podejście bardzo różniące się od powszechnie głoszonych odpowiedzi na te wszystkie pytania ale żeby jasne było moje rozumowanie postanowiłem opisać moją przygodę z karpiami.
"Pierwszy strzał"
Karpie i amury od zawsze były w albumie ze zdjęciami starszych członków mojej rodziny. Ryby jakie łowili lat temu naście na zbiorniku w Chańczy naprawdę były imponujące szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę jakim sprzętem dysponowali- najczęściej tzw "ruskie teleskopy", kołowrotki jakich w dzisiejszych czasach nikt nawet by nie myślał użyć lub w późniejszym czasie pierwsze przypominające sprzęt karpiowy. Mimo, że ekwipunek był bardzo słaby to ryb łowili masę. Przede wszystkim przez to, że było ich dużo a z drugiej strony mieli na nie swój sposób. Ja po raz pierwszy swoją rybę na karpiowej zasiadce złowiłem mając może 11/12lat. Dostałem wtedy od taty swoją pierwszą karpiówkę- Jaxon VIP a kołowrotek wygrałem na jakichś zawodach spławikowych- salmo z wolnym biegiem. Byłem zachwycony, że mogę mieć swoją prawdziwą karpiówkę wywiezioną na karpia. Pierwszą rybą był amur, nie duży, ważący 3kg nie był imponujący ale dla mnie w tamtym czasie był rybą życia i jest podstawą do planów pogoni za złotymi torpedami.
"Długie lata przerwy"
W późniejszych latach miałem możliwość mocno rozwijać się w wędkarstwie spławikowym, które pochłonęło moje życie całkowicie. Miałem okazję być na nockach kilkukrotnie jednak bez większych efektów co zniechęciło mnie i tatę do dalszych prób a spławik jeszcze bardziej nas wciągał. Do szesnastego roku życia byłem reprezentantem okręgu kieleckiego na ogólnopolskich olimpiadach młodzieżowych gdzie jako najstarszy i najbardziej doświadczony zawodnik przyjmowałem wspólnie z kolegą rolę "motora napędowego" drużyny. Wiele sukcesów poskutkowało zaproszeniem do klubu startującego w Grand Prix Polski i zwieńczenie rocznych startów fajnymi wynikami.
-Ale zaraz zaraz, czy nie miało być o karpiach ? Oczywiście, i jest. Te kilka lat wędkarskich doświadczeń pozwoliły nauczyć mi się w minimalnym stopniu zachowań ryb, sposobu ich reagowania na dane czynniki wędkarskie i pogodowe. Gwarantuję każdemu niedowiarkowi, że nawet płotka w pewnych warunkach wymaga ogromnej pracy i wysiłku aby ją złowić a zawody są najlepszym miejscem na doświadczenie tego.
W tym samym roku zbiornik w mojej miejscowości w końcu zaczął żyć po prawie całkowitym spuszczeniu wody i pozostawieniu koryta rzeki na pastwę fanów mięsa i szarpakowców. Miało to jednak jeden, nie do końca wyjaśniony plus, mianowicie po zalaniu w zbiorniku pojawiły się czarne plamy stworzone przez... narybek karpia. Wytarły się ? Możliwe. Wpuścił ktoś ze stawów bo miał nadmiar? Taka teoria również była. A może przerwało stawy podczas wysokiej wody ?? Szczerze odpowiedź na to pytanie mnie nie interesowała. Ważne było to, że łowisko stało się tak rybne jak niektóre stawy komercyjne. Była to idealna okazja na rozpoczęcie przygody z karpiarstwem.
"Nowe początki"
Drugie podejście do tematu karpi był wspólnie z kolegą gdy mieliśmy około 15/16 lat.
Mimo, że tata posiadał swój karpiowy sprzęt ja musiałem radzić sobie mniej wartościowym ekwipunkiem. W końcu, który normalny rodzić pozwoliłby jechać na noc ( lub kilka!) z drogim sprzętem dwóm nastolatkom? Mam to szczęście, że w pasji tata wspiera mnie bo wspólnie na nią "chorujemy" więc mimo, że najlepszego sprzętu nie dostawałem to pozwalał mi jeździć na te zasiadki. Wybieraliśmy stanowiska względnie bezpieczne, oddalone od drogi, parkingów i miejsc uczęszczanych przez nieciekawe towarzystwo. Nie przeszkadzało nam, że musimy sprzęt dźwigać na kilka kursów od drogi, przecież i tak nie mieliśmy swojego auta więc co tam, pasja i chęć spędzenia czasu nad wodą pokonywały wszelkie przeciwności.

Zdjęcia przedstawione w artykule są słabej jakości a estetyka niektórych sugerowała by aby ich nie zamieszczać. Są one jednak świetnym zobrazowaniem rozwoju jaki zaszedł przede wszystkim w mojej głowie ale także w sprzęcie. Zapraszam do śledzenia bloga bo za kilka dni pojawi się kolejna część tego opowiadania już bardziej odpowiadająca na postawione we wstępie pytania. Z tego miejsca chciałem również złożyć wszystkim czytelnikom najlepsze życzenia Świąteczne, szczęśliwego nowego roku pełnego pięknych, dużych ryb. Niech ryby będą z Wami ;) 

Opinie (0)

Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.

Czytaj więcej

Społecznościowy Portal Wędkarski wedkuje.pl
2008 - 2019